Co decyduje o rozdziale pieniędzy w firmach między zyski a płace?

W każdej chwili w obiegu znajduje się określona ilość nieodpłatnej pracy w formie dóbr i usług reprezentujących większą sumę wartości dodanej niż zapłacona pracownikom. Ta określona suma nieodpłatnej pracy przedstawia całość dostępnych zysków. Każda spółka próbuje maksymalizować swój udział w tej całości, i jeśli spółka naprawdę urzeczywistnia większy udział od przeciętnego, znaczy to, że niektóre inne przedsiębiorstwa otrzymują mniej od średniej. Im większe przedsiębiorstwo, tym jest bardziej prawdopodobne, że otrzyma ono większy udział w dostępnej nadwyżce, z powodów, które omówimy później. Ważną rzeczą, którą trzeba tu odnotować, jest to, że przedsiębiorstwa konkurują na rynku, by urzeczywistnić swój udział w podziale całkowitej nadwyżki zysków (nieodpłatnej pracy). Ale źródło tych zysków nie znajduje się na rynku, lecz w produkcji. Nie można kupić czegoś, co nie istnieje i dlatego jeżeli jeden zyskuje na rynku, to tylko to, co drugi straci.

Jak wykazaliśmy powyżej, ceny rynkowe są wyznaczane przez ceny produkcji. W dowolnym przedsiębiorstwie płace wyznaczają znaczny odsetek kosztów produkcji. Patrząc na inne koszty (takie jak koszty surowców), dostrzegamy, że płaca znowu odgrywają ważną rolę w wyznaczaniu ich cen. Oczywiście podział ceny towaru na koszty i zyski nie jest stałą proporcją. Co oznacza, że ceny są wynikiem skomplikowanych współzależności poziomów płac i wydajności pracy.

W granicach danego stanu rzeczy walka klasowa między pracodawcami a pracownikami o wynagrodzenia, warunki pracy i przywileje socjalne wyznacza stopień wyzysku w określonym miejscu pracy i określonej gałęzi przemysłu, a więc kształtuje względne ilości pieniędzy, które pójdą do świata pracy (tj. płace) i do przedsiębiorstwa (zyski). Jak przekonywał Proudhon, wyrażenie "proporcje między zyskami a płacami" oznacza "sytuację na wojnie między kapitałem a pracą" [System ekonomicznych sprzeczności]. Znaczy to też, że wzrost płac może nie podnieść cen, gdyż może ograniczyć zyski albo być związany z wydajnością pracy; ale będzie to miało więcej skutków o szerszym zasięgu, gdyż kapitał, jeżeli trzeba, zostanie przeniesiony do innych gałęzi przemysłu lub innych krajów w celu poprawienia stopy zysku.

Zasadniczą sprawą jest to, że wydobycie wartości dodatkowej z robotników nie jest prostą operacją techniczną, jak wydobycie tylu a tylu dżuli z tony węgla. Jest to gorzka walka, na którą kapitaliści tracą połowę swego czasu. Siła robocza nie jest podobna do wszystkich innych towarów - jest i nieodłącznie pozostaje ucieleśniona w istotach ludzkich. Podział na zyski i płace w przedsiębiorstwie i w całej gospodarce zależy od działań robotników, zarówno jako jednostek, jak i jako klasy, i jest modyfikowany przez nie.

Nie twierdzimy, że ekonomiczne i obiektywne czynniki nie odgrywają żadnej roli przy określaniu poziomu płac. Przeciwnie, w danej chwili walka klasowa może się toczyć tylko w istniejących ramach gospodarczych. Jednakże te obiektywne uwarunkowania są nieustannie modyfikowane przez walkę klasową, i to właśnie ten konflikt między ludzkimi a towarowymi cechami siły roboczej jest tym, co w końcu doprowadza kapitalizm do kryzysu.

Z tej perspektywy neoliberalna teza, że dany czynnik produkcji (praca, kapitał czy ziemia) otrzymuje udział w dochodach, który wskazuje jego moc produkcyjną "na krańcu", jest fałszywy. Raczej jest to kwestia władzy -- i chęci jej wykorzystania. Jak pisze Christopher Eaton Gunn, ta teza "nie bierze pod uwagę władzy -- polityki, konfliktu i interesów -- jako prawdopodobniejszych wskaźników względnego udziału w dochodach w realnym świecie" [Samorząd pracowniczy w Stanach Zjednoczonych]. Jeśli władza świata pracy rośnie, to i jego udział w dochodach będzie dążył do wzrostu, i oczywiście, jeżeli władza świata pracy się zmniejsza, to udział ten spadnie. A historia powojennej gospodarki potwierdza te wnioski - udział świata pracy w dochodach krajów wysoko rozwiniętych spadł z 68% w latach siedemdziesiątych do 65,1% w 1995 roku (w Unii Europejskiej spadł z 69,2% do 62%). W Stanach Zjednoczonych udział świata pracy w dochodach sektora przemysłowego spadł z 74,8% do 70,6% w okresie 1979-89, cofając wzrost, jaki występował przez cały okres lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Odwrócenie się tendencji wzrostowej nastąpiło w tym samym czasie, gdy władza świata pracy została podcięta przez prawicowe rządy i wysokie bezrobocie.

Dlatego zdaniem wielu anarchistów względny stosunek sił między pracą a kapitałem określa podział dochodów pomiędzy te czynniki. W okresach pełnego zatrudnienia lub wzrostu stopnia organizacji i solidarności w miejscu pracy płace pracownicze będą dążyły do szybszego wzrostu. W okresach, kiedy jest wysokie bezrobocie, słabsze związki zawodowe i mniej akcji bezpośrednich, udział świata pracy będzie spadał. Korzystając z tych spostrzeżeń anarchiści popierają zbiorowe organizacje i działania w celu zwiększenia siły świata pracy i zapewnienia, że dostaniemy więcej z wartości, jaką wytwarzamy.

Neoliberalne rozumowanie, że wzrost wydajności pracy pozwala na zwiększanie płac, zostało poddane licznym wstrząsom począwszy od wczesnych lat siedemdziesiątych. Zazwyczaj podwyżki płac pozostają w tyle za wydajnością pracy. Na przykład, za rządów bardziej wolnego rynku Thatcher, wydajność wzrosła o 4,2%, co stanowi o 1,4% więcej niż wzrost realnych zarobków między 1980 a 1988 rokiem. Pod rządami Reagana wydajność pracy wzrosła o 3,3%, czemu towarzyszył spadek realnych zarobków o 0,8%. Chociaż musimy jeszcze pamiętać, że to są tylko średnie, w których ukryte są rzeczywiste podwyżki płac robotników i kierowników. Biorąc jeden przykład, płace realne pojedynczych zatrudnionych osób w Wielkiej Brytanii wzrosły między 1978 a 1984 o 1,8% w przypadku najniższych 10% z tej grupy, a w przypadku najwyższych dziesięciu procent było to solidne 18,4%. Przeciętny wzrost (10,1%) ukrywa ogromne różnice między szczytem a dnem. Do tego jeszcze te cyfry pomijają punkty wyjściowe tych podwyżek -- często olbrzymie różnice płac między pracownikami (porównaj zarobki dyrektora generalnego McDonalda i sprzątaczek z tej firmy). Innymi słowy, prawie nic po podwyżce o 2,8% to wciąż prawie nic!

Spoglądając jeszcze raz na Stany Zjednoczone, odkrywamy, że przeciętne zarobki pracowników, którym się płaci według stawek godzinowych (większość zatrudnionych), osiągnęły swój szczyt w roku 1973. Od tamtej pory wyraźnie się zmniejszały, a w roku 1992 doszły do poziomu z połowy lat sześćdziesiątych. Dla ponad osiemdziesięciu procent amerykańskiej siły roboczej (pracującej przy produkcji, a nie nadzorze) płace realne między 1973 a 1994 spadły o 19,2% w przypadku tygodniowych zarobków, a o 13,4% w przypadku stawek godzinowych. W tym samym czasie wydajność pracy wzrosła o 23,2%. W połączeniu z powyższym obniżeniem się płac realnych w USA widzimy wzrost liczby przepracowanych godzin. Liczba godzin w roku, przepracowanych przez statystyczną rodzinę o średnich dochodach, wzrosła z 3 020 w 1979 do 3 206 w 1989, 3 287 w 1996 i 3 335 w 1997 roku. Podobny proces odkrywamy w Meksyku. Między 1980 a 1992 rokiem wydajność pracy wzrosła o 48 procent, podczas gdy zarobki (przy uwzględnieniu inflacji) spadły o 21 procent.

Między 1989 a 1997 wydajność pracy wzrosła w USA o 9,7%, podczas gdy wynagrodzenie średniego pracownika spadło o 4,2%. Do tego jeszcze liczba godzin pracy średniej rodziny wzrosła o 4% (czyli o trzy tygodnie pracy na pełnym etacie), podczas gdy jej dochody zwiększyły się tylko o 0,6% (czyli inaczej - do stworzenia tego słabego wzrostu przyczyniło się tylko zwiększenie godzin pracy). Gdyby płace pracowników były związane z ich wydajnością, jak przekonuje neoliberalna ekonomia, należałoby oczekiwać, że wraz z podniesieniem się wydajności pracy płace też wzrosną zamiast spadać. Ale jeżeli płace są związane z władzą ekonomiczną, to takiego spadku należało oczekiwać. To wyjaśnia, skąd bierze się pragnienie "elastycznych" rynków pracy, na których siła przetargowa pracowników jest nadwątlona, a więc większa część dochodów może zostać przeznaczona na zyski, a nie na płace. Oczywiście, będzie się przekonywać, że dopiero na doskonale konkurencyjnym rynku (lub, mówiąc bardziej realistycznie, na rynku prawdziwie "wolnym") będą płace wzrastać proporcjonalnie do wydajności pracy. Jednakże należałoby oczekiwać, że ustrój bardziej wolnorynkowy poprawi te sprawy zamiast pogorszyć. Ponadto neoliberalna teza, że związki zawodowe, walka o podwyżki i poprawę warunków pracy przyniosą "na dłuższą metę" uszczerbek robotnikom została w drastyczny sposób obalona przez wydarzenia ostatnich trzydziestu lat -- na przykład zanik ruchu robotniczego w USA odcisnął się spadkiem płac, a nie ich wzrostem.

Nie jest niespodzianką, że w hierarchicznym ustroju tym na szczytach powodzi się lepiej niż tym na dole. System został tak ustawiony, ażeby większość wzbogacała mniejszość. Z tego powodu anarchiści przekonują, że organizacja i opór w miejscu pracy ma zasadnicze znaczenie dla utrzymania -- a nawet zwiększenia -- dochodów świata pracy. Bo jeśli podział dochodów między kapitał a świat pracy zależy od ich względnego układu sił -- a tak właśnie jest -- to dopiero działania samych pracowników mogą poprawić ich położenie i na nowo określić podział wartości, jaką wytwarzają.