Czy obcięcie płac ograniczyłoby bezrobocie?

Argumentacja "wolnorynkowych" (albo neoklasycznych, czyli neoliberalnych, albo "austriackich") kapitalistów wygląda tak: bezrobocie jest powodowane przez to, że realne płace pracowników są wyższe od poziomu oczyszczającego rynek. Twierdzi się, że pracownicy są bardziej zainteresowani wypłatami pieniedzy niż płacami realnymi (czyli ilością dóbr, jaką mogą kupić za wypłacane im pieniądze). Doprowadza to do stawiania oporu cięciom płac, nawet gdy spadają ceny, co prowadziłoby do wzrostu płac realnych. Mówiąc inaczej, pracownicy wyznaczają cenę za swoją pracę bez urzeczywistnienia tej ceny (wartość tezy, że bezrobocie jest powodowane przez wysokie płace jest omawiana w następnej sekcji).

Z tej analizy wywodzi się argument, że gdyby pracownikom pozwolono prowadzić "wolną" konkurencję między sobą o posady, realne płace zmniejszyłyby się. To zaś ograniczyłoby koszty produkcji, a ten spadek wytworzyłby ekspansję produkcji, dostarczającą miejsc pracy bezrobotnym. Więc bezrobocie by spadło. Według tej teorii przyczyną bezrobocia jest interwencja państwa (tzn. zasiłki dla bezrobotnych, programy opieki społecznej, prawo do organizowania się, prawa dotyczące płac minimalnych itp.) i działalność związków zawodowych, gdyż każda z nich wymusza podniesienie płac powyżej ich poziomu rynkowego, zwiększając przez to koszty produkcji i "zmuszając" pracodawców, by "pozwalali na to, żeby ludzie odchodzili".

Dlatego według neoliberalnej teorii ekonomicznej firmy dostosowują produkcję tak, aby zrównać krańcowy koszt swoich produktów (koszt wyprodukowania jednego dodatkowego przedmiotu) z wyznaczoną przez rynek ceną danego produktu. Zatem spadek kosztów teoretycznie prowadzi do rozszerzenia produkcji, dostarczając miejsc pracy "czasowo" bezrobotnym i kierując gospodarkę ku stanowi równowagi, cechującemu się pełnym zatrudnieniem.

Tak więc w teorii neoliberalnej można zmniejszyć bezrobocie zmniejszając płace realne pracowników obecnie zatrudnionych. Jednakże ten argument jest błędny. Chociaż obcięcie płac może mieć sens w przypadku jednej firmy, nie wywarłoby opisywanego wpływu na całą gospodarkę (co jest wymagane do ograniczenia bezrobocia w całym kraju). Dzieje się tak dlatego, że we wszystkich wersjach teorii neoliberalnej zakłada się, że ceny zależą (przynajmniej po części) od płac. Gdyby wszyscy pracownicy zaakceptowali obcinanie płac, wszystkie ceny by spadły i nastąpiłoby bardzo niewielkie zmniejszenie się siły nabywczej płac. Inaczej mówiąc, spadek wypłat pieniężnych zmniejszyłby ceny i pozostawiłby płace realne niemal niezmienione, a bezrobocie trwałoby nadal.

Na dodatek gdyby ceny pozostały niezmienione albo spadły tylko nieznacznie (tj. gdyby bogactwo zostało poddane redystrybucji od pracowników do ich pracodawców), to skutkiem takiego obcięcia płac realnych nie byłoby zwiększenie zatrudnienia, ale jego zmniejszenie - ponieważ konsumpcja dokonywana przez ludzi zależy od ich dochodów, a jeżeli ich dochody spadają w kategoriach płac realnych, to spadnie również i ich konsumpcja. Jak już w 1846 roku zauważył Proudhon, "jeśli wytwórca zarabia mniej, będzie kupował mniej /.../ [co] wywoła nadprodukcję i nędzę", ponieważ "chociaż robotnicy trochę cię [kapitalistę] kosztują, są twoimi klientami: co zrobisz ze swoimi produktami, gdy będziesz wytwarzać je bez wytchnienia, a oni nie będą już dłużej mogli ich konsumować? Więc maszyny po zgnieceniu robotników nie będą szansą przeprowadzenia kontrofensywy pracodawców; bo gdy produkcja wyklucza konsumpcję, wkrótce będzie musiała się zatrzymać" [System ekonomicznych sprzeczności].

Jednakże można przekonywać, że realne dochody nie u każdego by spadły: dochody z zysków wzrosłyby. Ale redystrybucja dochodów od pracowników do kapitalistów - czyli grupy wykazującej tendencję do wydawania mniejszych części swoich dochodów na konsumpcję niż czynią to pracownicy - mogłaby zmniejszyć efektywny popyt i zwiększyć bezrobocie. Jak przedstawia to David Schweickart - gdy płace się zmniejszają, zmniejsza się również siła nabywcza pracowników; a jeśli nie zostanie to zrekompensowane wzrostem czyichś innych wydatków, całkowity popyt się zmniejszy [Against Capitalism, pp. 106-107]. Mówiąc inaczej, wbrew neoliberalnej ekonomii, równowaga rynkowa mogłaby zostać ustanowiona na każdym poziomie bezrobocia.

Ale według "wolnorynkowej" teorii kapitalistycznej taka możliwość równowagi rynkowej przy bezrobociu jest wykluczona. Neoliberałowie wykluczaja tezę, że obcięcie płac realnych po prostu zmniejszyłoby popyt na dobra konsumpcyjne bez spowodowania automatycznego wzrostu inwestycji w wystarczającym stopniu do zrekompensowania tego spadku. Zwolennicy ekonomii neoklasycznej przekonują, że inwestycje wzrosną, by zrekompensować zmniejszenie się konsumpcji klas pracujących.

Jednak do wysunięcia takiej tezy cała teoria wymaga przyjęcia trzech założeń, a mianowicie: że firmy mogą rozszerzyć produkcję, że rozszerzą produkcję, i, że jeśli to zrobią, to będą mieć zbyt na zwiększoną ilość wyrobów. Tę teorię i jej założenia można zakwestionować.

Pierwsze założenie stwierdza, że dla przedsiębiorstwa zawsze jest możliwe przyjęcie nowych pracowników. Ale zwiększenie produkcji wymaga więcej niż tylko pracy. Jeżeli materiały do produkcji i udogodnienia nie są dostępne, zatrudnienie nie wzrośnie. Dlatego założenie, że pracę zawsze można dodać do istniejących zasobów w celu zwiększenia wytwórczości jest ewidentnie nierealistyczne.

A teraz: -Czy firmy rozszerzą produkcję, gdy koszty pracy się zmniejszą? Trudno tego oczekiwać. Zwiększona produkcja zwiększy podaż i zostanie strawiona przez dodatkowe zyski wynikające ze spadku płac. Gdyby bezrobocie rzeczywiście spowodowało zmniejszenie się przeciętnej płacy na rynku, przedsiębiorstwa mogłyby wykorzystać okazję do zastąpienia swoich obecnych pracowników nowymi lub zmuszenia ich do pogodzenia się z obcięciem płac. Gdyby się to zdarzyło, to nie wzrosłaby ani produkcja, ani zatrudnienie. Lecz można by było przekonywać, że te dodatkowe zyski zwiększyłyby inwestycje kapitałowe w gospodarce (jest to kluczowe założenie neoliberalizmu). Odpowiedź jest oczywista: może tak, a może nie. Gospodarka w stanie kryzysu równie dobrze mogłaby dawać ostrzeżenia finansowe, a więc kapitaliści mogliby zablokować inwestycje, dopóki nie zostaną przekonani o zabezpieczeniu wyższej zyskowności na trwałe.

To doprowadza nas bezpośrednio do ostatniego założenia, a mianowicie, że wyprodukowane dobra zostaną sprzedane. Ale gdy zmniejszają się płace, zmniejsza się również siła nabywcza, a gdy nie zostanie to zrekompensowane czyimiś innymi wydatkami, wtedy całkowity popyt się zmniejszy. Zatem spadek płac może zaowocować takim samym albo nawet wiekszym bezrobociem, gdyż skumulowany popyt spada i przedsiębiorstwa nie mogą znaleźć rynków zbytu na swoje dobra. Natomiast biznes nie może natychmiast zrobić użytku ze zwiększenia funduszy wynikającego z przesunięcia środków z płac do zysków w celach inwestycji (albo z powodu przezorności finansowej, albo z braku istnienia udogodnień). To doprowadzi do zmniejszenia się skumulowanego popytu, gdyż zyski będą gromadzone, ale nie wykorzystywane, powodując zatem nagromadzenie się niesprzedanych dóbr i nowe obniżki cen. Znaczy to, że obcięcie płac realnych zostanie skasowane przez obcięcie cen w celu upłynnienia niesprzedanych zapasów, a bezrobocie pozostanie.

Zatem słaby jest tradycyjny neoliberalny argument, że wzrosną wydatki inwestycyjne, ponieważ niższe koszty będą oznaczały większe zyski, co doprowadzi do większych oszczędności, i - ostatecznie - do większych inwestycji. Niższe koszty będą oznaczać większe zyski tylko wtedy, gdy wyroby zostaną sprzedane, co nie mogłoby nastąpić, gdyby na popyt zadziałały niekorzystne wpływy. Innymi słowy, wyższe marże zysków nie zaowocują większymi zyskami na skutek spadku konsumpcji spowodowanego ograniczeniem siły nabywczej pracowników. I, jak przekonywał Michał Kalecki, cięcia płac przy zwalczaniu kryzysu mogą być nieskuteczne, ponieważ podwyżki zysków nie znajdują natychmiastowego zastosowania do zwiększenia inwestycji, a zmniejszona siła nabywcza spowodowana przez obcięcie płac powoduje spadek sprzedaży, co znaczy, że wyższe marże zysków nie doprowadzają do wyższych zysków. Ponadto, jak dawno temu wykazał Keynes, siły i motywacje rządzące oszczędzaniem są całkowicie odmienne od sił i motywacji rządzących inwestycjami. Więc między tymi dwoma wielkościami niekoniecznie musi występować zbieżność. Zatem firmy, które ograniczyły wypłaty mogą nie móc sprzedawać tyle co dotąd, a tym bardziej większych ilości. W takim przypadku ograniczą produkcję, powiększając bezrobocie i bardziej jeszcze zmniejszając popyt. Może to wywołać błędną spiralę prowadzącą do depresji, spiralę spadającego popytu i spadającej produkcji (skutki polityczne takiego procesu byłyby niebezpieczne dla dalszego trwania kapitalizmu). Taka błędna spirala została opisana przez Kropotkina (niemal 40 lat wcześniej, niż Keynes wysunął ten sam wniosek w swojej Ogólnej teorii zatrudnienia, finansów i odsetek):

"Zyski to podstawa kapitalistycznego przemysłu, niskie zyski tłumaczą wszystkie dalsze konsekwencje.

"Niskie zyski skłaniają pracodawców do zmniejszania płac, lub ilości pracowników, albo ilości dni roboczych w tygodniu /.../ Niskie zyski w ostateczności oznaczają zmniejszenie płac, a niskie płace oznaczają zmniejszoną konsumpcję ze strony robotnika. Niskie zyski oznaczają też nieco zmniejszoną konsumpcję pracodawcy; a obydwie rzeczy razem oznaczają niższe zyski i zmniejszoną konsumpcję owej ogromnej klasy pośredników, która urosła w krajach uprzemysłowionych, a to znowu oznacza dalsze zmniejszenie się zysków pracodawców" [Pola, fabryki i warsztaty jutra].

Dlatego obcięcie płac pogłębi każdy kryzys, czyniąc go cięższym i dłuższym niż byłby w innym przypadku. Zamiast być rozwiązaniem problemu bezrobocia, obcięcie płac tylko pogorszy sytuację (do kwestii, czy to naprawdę przede wszystkim zbyt wysokie płace powodują bezrobocie - jak utrzymuje neoliberalna ekonomia - odniesiemy się poniżej). Wiedząc, że inflacja jest powodowana przez niedostateczne zyski dla kapitalistów (próbują oni utrzymywać swoje marże zysków przy pomocy podwyżek cen), ten efekt spirali przy obcinaniu płac pomaga wyjaśnić to, co ekonomiści określają jako "stagflacja" -- wzrost bezrobocia połączony ze wzrostem inflacji (co miało miejsce w latach siedemdziesiątych). Gdy pracownicy stają się bezrobotnymi, skumulowany popyt spada, obcinając marże zysków jeszcze bardziej, a w odpowiedzi kapitaliści podnoszą ceny usiłując wynagrodzić swoje straty. Dopiero bardzo głęboka recesja może przerwać ten cykl (wraz z bojowością świata pracy i naciskiem więcej niż garstki pracowników i ich rodzin). Innymi słowy, ludzie pracy płacą za sprzeczności kapitalizmu.

Wszystko to znaczy, że podczas kryzysu ludzie pracy mają dwie możliwosci do wyboru -- zaakceptować głębszą depresję, aby cykl boomów i zapaści zaczął się jeszcze raz, albo wyzbyć się kapitalizmu wraz z wewnętrznie sprzecznym charakterem kapitalistycznej produkcji, który przede wszystkim tworzy cykle koniunkturalne (nie wymieniając już innych plag, takich jak hierarchia i nierówności).

Efekt "Pigou" (albo "rzeczywistej równowagi") to jeszcze jeden neoliberalny argument mający za zadanie udowodnić, że (w ostateczności) kapitalizm przejdzie od kryzysu do boomu. Teoria ta przekonuje, że gdy bezrobocie będzie wystarczająco wysokie, doprowadzi to do spadku poziomu cen, co spowodowałoby wzrost realnej wartości podaży pieniądza, a więc wzrostu realnej wartości oszczędności. Ludzie posiadający majątek w takiej formie staną się bogatsi, a ten wzrost bogactwa umożliwi im nabywanie większych ilości dóbr, a więc inwestycje zaczną się od nowa. W ten sposób naturalną drogą kryzys przechodzi w boom.

Jednakże taka argumentacja jest błędna w wielu miejscach. W odpowiedzi Michał Kalecki przekonywał, że po pierwsze Pigou "założył, że system bankowy utrzymałby stały zasób oszczędności pieniężnych w obliczu zmniejszających się dochodów, chociaż nie byłoby żadnego szczególnego powodu, dla którego powinien on tak postąpić". Jeżeli zmienia się zasób pieniędzy, to ich wartość też ulegnie zmianie. Po drugie, że "zdobycze właścicieli oszczędności podczas spadku cen są dokładnie rekompensowane przez straty dostarczycieli waluty. Zatem gdy rzeczywista wartość depozytu na koncie bankowym rośnie oszczędzającemu, to ciężar finansowy, jaki ten depozyt przedstawia sobą dla banku, również wzrasta". I, po trzecie, "że spadek cen i płac oznaczałby, iż realna wartość zaległych długów zwiekszyłaby się, a dla dłużników okazałyby się one coraz trudniejsze do spłacania, gdyż ich realne dochody nie nadążałyby za wzrostem realnej wartości długu. Rzeczywiście, kiedy spadek cen i płac zostanie wywołany przez niski poziom popytu, skumulowany realny dochód będzie niski. Nastąpią bankructwa, nie będzie można spłacić długów i prawdopodobnie nastąpi kryzys zaufania". Mówiąc prościej, dłużnicy mogą odjąć sobie więcej pieniędzy na wydatki niż dodaliby sobie wierzyciele, a więc depresja trwałaby dalej, gdyż popyt by nie wzrósł [Malcolm C. Sawyer, Ekonomia Michała Kaleckiego].

Zatem, jak słusznie zauważają Schweickart, Kalecki i inni, takie rozważania podcinają neoliberalną argumentację, że związki zawodowe i interwencja państwa są odpowiedzialne za bezrobocie (albo że depresje w łatwy czy naturalny sposób się skończą dzięki działaniu rynku). Przeciwnie, dopóki związki zawodowe i rozmaite świadczenia socjalne zapobiegają spadkowi popytu podczas kryzysu do jeszcze niższego poziomu niż istniejący, stanowią one hamulec dla błędnej spirali. Nie tylko nie są one odpowiedzialne za bezrobocie, ale tak naprawdę jeszcze łagodzą jego skutki. Powinno być to oczywiste, gdyż płace (tak jak i korzyści finansowe) mogą stanowić koszty dla niektórych firm, ale stanowią dochód dla jeszcze większej ich ilości.