Czy władza ekonomiczna wpływa na przeciwdziałanie skażeniom?

Majątek może wpływać na to, jak postępuje się ze środowiskiem i z innymi warunkami zewnętrznymi w ustroju kapitalistycznym. Krytyka ta jednakże świadomie pomija inne istotne dla społeczeństwa czynniki, takie jak mobilność kapitału i wynikającą z niej władzę ekonomiczną i polityczną. Jest to ważna broń, zabezpieczająca, by roszczeniom biznesu nie stawiano przeszkód w postaci niepokojów społeczeństwa, takich jak niepokój związany z zanieczyszczeniami.

Przypuśćmy, że przerdsiębiorstwo zanieczyszcza lokalny obszar. Zazwyczaj tak się dzieje, że kapitalistyczni właściciele rzadko kiedy mieszkają w pobliżu posiadanych przez siebie zakładów pracy, w przeciwieństwie do pracowników i ich rodzin. Znaczy to, że podejmujący decyzje nie muszą ponosić konsekwencji swoich decyzji. Argumentacja "wolnorynkowego" kapitalisty polegałaby znowu na tym, że cierpiący zanieczyszczenia mogą sądzić się z przedsiębiorstwem. Przyjmiemy, że koncentracja majątku nie ma żadnego wpływu albo ma nieznaczny wpływ na ustrój społeczny (co jest bardzo mało realnym założeniem, ale mniejsza o to). Oczywiście, gdyby okoliczni mieszkańcy wszczęli pomyślny proces, przedsiębiorstwo poniosłoby ekonomiczne straty -- bezpośrednio, w postaci kosztów procesu, i pośrednio, musząc wprowadzać nowe, przyjazne środowisku rozwiązania. Dlatego przedsiębiorstwo to zostałoby upośledzone w konkurencji. I miałoby to oczywiste konsekwencje dla miejscowej (i szerszej) gospodarki.

Do tego jeszcze, gdyby przedsiębiorstwu wytoczono proces, mogłoby ono się po prostu przenieść na obszary, gdzie by tolerowano zanieczyszczanie. Nie tylko istniejący kapitał by sie przeniósł, ale też nowy kapitał nie byłby inwestowany na obszarach, gdzie ludzie stają w obronie swoich praw. Byłby to -- ten naturalny rezultat władzy ekonomicznej -- "wielki kij" ponad głowami lokalnej społeczności. A w połączeniu z ogromnymi kosztami i trudnościami zaciągnięcia wielkiego przedsiębiorstwa do sądu uczyniłoby to wytoczenie procesu wyborem, na jaki większość ludzi prawdopodobnie by się nie zdecydowała. Z historii można wywnioskować, że nastąpiłyby takie właśnie skutki. Widzieliśmy, jak ponadnarodowe firmy przenosiły produkcję do krajów ze słabymi prawami chroniącymi środowisko przed skażeniami lub w ogóle bez żadnych regulacji w tej dziedzinie, i że sprawy sądowe toczą sie przez lata, jeśli nie przez dziesiątki lat.

Ponadto w "wolnorynkowym" społeczeństwie dano by wolną rękę przedsiębiorstwom zakładającym listy ludzi "sprawiających kłopoty". Te "czarne listy" ludzi, którzy mogliby spowodować "kłopoty" dla przedsiębiorstw (np. organizując związki zawodowe albo sądząc się z pracodawcami z powodu "praw własności") często zapewniałyby "lojalność" zatrudnionych, zwłaszcza jeśli przyjęcie do nowej pracy wymagałoby referencji. W warunkach pracy najemnej spowodowanie "problemów" jednemu pracodawcy może uczynić czyjeś położenie trudnym. Wpisanie na czarną listę oznaczałoby brak pracy, brak zarobków i niewielką szansę na ponowne zatrudnienie. Taki byłby skutek ciągłego sądzenia się w obronie czyichś "absolutnych" praw własności -- przede wszystkim zakładając oczywiście, że ktoś miałby czas i pieniądze niezbędne do procesowania się. Zatem ludzie pracy mieliby słabe szanse na to, by bronić swoich "absolutnych" praw w wolnorynkowym (albo "wolnościowym") kapitalizmie, z powodu władzy pracodawców, zarówno w miejscu pracy, jak i poza nim.

Wszystko to stanowiłoby silne bodźce, żeby nie przeciągać struny, zwłaszcza gdyby pracobiorcy podpisali umowę, zakładającą, że zostaną zwolnieni, jeśli będą dyskutować o interesach przedsiębiorstwa z innymi (np. z prawnikami, związkami zawodowymi).