Czy z "wolnorynkowego" kapitalizmu skorzystają wszyscy, a zwłaszcza biedni?

Murray Rothbard i całe zastępy innych zwolenników "wolnorynkowego" kapitalizmu wysuwają taką tezę. I znowu naprawdę zawiera ona jakieś ziarnko prawdy. Ponieważ kapitalizm to gospodarka, która musi "rozrastać się albo zginąć", więc oczywiście ilość bogactwa dostępnego społeczeństwu wzrasta dla wszystkich, gdy gospodarka się rozwija. Zatem biednym się poprawi w kategoriach bezwzględnych w każdej rozwijającej się gospodarce (przynajmniej pod względem ekonomicznym). Działo się tak również w sowieckim państwowym kapitalizmie: najbiedniejszemu robotnikowi w latach osiemdziesiątych oczywiście wiodło się ekonomicznie o wiele lepiej niż najbiedniejszemu robotnikowi w latach dwudziestych.

Natomiast tym, co się liczy, są względne różnice między klasami i okresami w obrębie rozwijającej się gospodarki. Znając tezę, że wolnorynkowy kapitalizm przyniesie szczególne korzyści biednym, musimy się zapytać: -Czy inne klasy mogą skorzystać równie dużo?

Jak zauważyliśmy poprzednio, płace zależą od wydajności pracy, przy czym podwyżki płac są spóźnione w stosunku do wzrostu wydajności. Gdyby z wolnego rynku biedni mieli "szczególnie" skorzystać, płace musiałyby rosnąć szybciej niż wydajność pracy, ażeby pracownik otrzymywał zwiększoną porcję społecznego bogactwa. Jednakże gdyby tak się działo, to ilość zysków przeznaczonych dla wyższych klas byłaby odpowiednio mniejsza. Więc gdyby kapitalizm "szczególnie" sprzyjał biednym, to nie mógłby tak samo sprzyjać tym, którzy żyją z zysków wytworzonych przez pracowników.

Ze wskazanych powyżej powodów wydajność pracy musi rosnąć szybciej niż płace, albo też przedsiębiorstwa będą upadać i mogłaby z tego wyniknąć recesja. Dlatego płace (zazwyczaj) opóźniają się w stosunku do przyrostów wydajności pracy. Mówiąc inaczej, pracownicy wytwarzają więcej, ale nie otrzymują odpowiadającej temu podwyzki płac. Zostało to obrazowo zilustrowane przez pierwszy eksperyment Taylora z jego technikami "naukowego zarządzania".

Teoria Taylora polegała na tym, że gdy robotnicy kontrolowali swoją własną pracę, nie produkowali w ilościach, jakich chciało kierownictwo. Taylor znalazł proste rozwiązanie. Zadaniem kierownictwa było odkryć "jedynie słuszny sposób" wykonywania poszczególnych zadań w pracy, a potem zapewnić, by pracownicy postępowali według tych (wyznaczonych przez kierownictwo) procedur wykonywania pracy. Skutkiem jego eksperymentu był 360-procentowy wzrost wydajności pracy za cenę wzrostu płac o 60%. Bardzo efektowne. Jednakże patrząc na te cyfry dostrzegamy, że natychmiastowy skutek eksperymentu Taylora został pominięty. Pracownik zostaje obrócony w robota i skutecznie odarty ze swoich umiejętności. Chociaż jest to dobre dla zysków i gospodarki, to wpływa na odczłowieczenie i wyobcowanie pracowników objętych tym schematem, jak również na zwiększenie władzy kapitału na rynku pracy. Ale tylko niewtajemniczeni w nauki ekonomiczne albo zarażeni bakcylem anarchizmu wysunęliby oczywisty wniosek, że to, co jest dobre dla gospodarki, może nie być dobre dla ludzi.

To doprowadza nas do jeszcze jednej ważnej sprawy związanej z pytaniem, czy "wolnorynkowy" kapitalizm zaowocuje tym, że każdemu "się poprawi". Typową tendencją kapitalistów jest uznawanie wartości ilościowych za najważniejsze w rozważaniach. Stąd troska o wzrost gospodarczy, poziom zysków i tak dalej, co przeważa w dyskusjach o życiu w naszych czasach. Jednakże, jak wyjaśnia E.P. Thompson, pomija się przy tym ważne aspekty ludzkiego życia:

"należy wyciągnąć proste wnioski. Jest całkiem możliwe, by średnie statystyczne i ludzkie doświadczenia zmierzały w przeciwnych kierunkach. Może mieć miejsce przyrost wartości czynników ilościowych na głowę równocześnie z wielkimi zaburzeniami jakościowymi pod względem sposobu życia ludzi, tradycyjnych stosunków między nimi i wzajemnej aprobaty. Można konsumować więcej dóbr i stawać się równocześnie mniej szczęśliwym czy mniej wolnym" [The Making of the English Working Class, p. 231].

Na przykład płace realne mogą wzrosnąć, ale kosztem dłuższego czasu i większego natężenia pracy. Zatem "pod względem statystycznym ujawnia się krzywa idąca w górę. Rodziny, których ona dotyczy, mogły odczuć to jako zubożenie" [Thompson, Op. Cit., p. 231]. Na dodatek konsumpcjonizm może nie prowadzić wcale do szczęścia ani też "lepszego społeczeństwa", które wielu ekonomistów przyjmuje za skutek konsumpcjonizmu. Jeśli jest on próbą wypełnienia pustego życia, to w oczywisty sposób jest skazany na klęskę. Jeżeli kapitalizm powoduje wyobcowaną egzystencję w izolacji, to trudno oczekiwać, że większa konsumpcja to zmieni. Problem leży w jednostce i społeczeństwie, w ramach którego ona żyje. Więc przyrosty ilościowe pod względem dóbr i usług mogą nie przyczyniać się do tego, że ktokolwiek z tego "skorzysta" w jakiś znaczący sposób.

Ważne jest, aby o tym pamiętać, kiedy słucha się "wolnorynkowych" guru, omawiających rozwój gospodarczy ze swoich "ogrodzonych osiedli", odizolowanych od otaczającej je degradacji społeczeństwa i przyrody, spowodowanej przez funkcjonowanie kapitalizmu. Mówiąc prościej, jakość jest często ważniejsza niż ilość. To nasuwa ważną myśl, że niektórych (a nawet bardzo wielu) wymagań prawdziwie ludzkiego życia nie można znaleźć na żadnym rynku, nieważne jak bardzo "wolnym".

Jednak wracając do "smakowania się w liczbach", które kapitalizm tak bardzo kocha, dostrzegamy, że system opiera się na wytwarzaniu przez pracowników większych zysków dla "swojego" przedsiębiorstwa. Pracownicy produkują więcej towarów, niż mogliby odkupić za swoje pensje. Jeśli tak się nie dzieje, spadają zyski i kapitał wycofuje inwestycje. Jak można zobaczyć na przykładzie Chile pod rządami Pinocheta, "wolnorynkowy" kapitalizm może (i czyni to) wzbogacać bogatych i zubażać biednych przy jednoczesnej kontynuacji rozwoju gospodarczego. Tak naprawdę korzyści z tego rozwoju gromadzą się w rękach nielicznych.

Ujmując sprawę prosto, wzrost gospodarczy w kapitalizmie laissez-faire zależy od wzrostu wyzysku i nierówności. Ponieważ bogactwo przepływa w górę do rąk klasy rządzącej, wielkość ochłapów spadających w dół powiększy się (po tym, jak gospodarka się "rozrośnie"). Takie jest prawdziwe znaczenie ekonomii "spływania w dół". Podobnie jak religia, kapitalizm laissez-faire obiecuje tort w jakiejś nieokreślonej przyszłości. Do tego czasu (przynajmniej w klasach pracujących) musimy się poświęcać, zaciskać pasa i ufać potęgom gospodarczym, jakie by nie były, że mądrze zainwestują dla społeczeństwa. Oczywiście, jak pokazuje najnowsza historia USA i Chile, gospodarka może stać się bardziej "wolnorynkowa" i rozwijać się, podczas gdy realne płace stoją w miejscu (lub spadają), a nierówności się powiększają.

Można to także dostrzec na podstawie skutków działalności "prorynkowego" rządu w Wielkiej Brytanii, gdzie liczba ludzi o dochodach mniejszych od połowy średniej wzrosła z 9% populacji w 1979 roku do 25% w 1993, a część bogactwa narodowego posiadana przez biedniejszą połowę ludności spadła z jednej trzeciej do jednej czwartej. Do tego jeszcze między 1979 a 1992-3 r. najbiedniejsza jedna dziesiąta brytyjskiej populacji doświadczyła spadku swoich realnych dochodów o 18% po odliczeniu rachunków za mieszkania. Dla porównania - szczytowe dziesięć procent odnotowało bezprecedensowy wzrost swych dochodów aż o 61%. Oczywiście system brytyjski nie jest "czystym" ustrojem kapitalistycznym, a więc obrońcy tej "wiary" mogą przekonywać, że ich "czysty" ustrój rozpowszechni dobrobyt. Jednakże wydaje się dziwne, iż przesunięcia w kierunku "wolnego rynku" zawsze zdają się czynić bogatych jeszcze bogatszymi, a biednych jeszcze biedniejszymi. Mówiąc inaczej, dowody zebrane na podstawie "naprawdę istniejącego" kapitalizmu podtrzymują anarchistyczną argumentację, że gdy czyjaś pozycja przetargowa jest słaba (co na ogół ma miejsce na rynku pracy), to "wolne" wymiany zmierzają do wzmacniania z czasem nierówności pod względem bogactwa i władzy zamiast działać na rzecz wyrównania sił . Podobnie trudno jest mówić, że te przesunięcia w kierunku "czystszego" kapitalizmu dały "szczególne" korzyści biednym - stało się całkiem na odwrót.

Nie ma w tym nic dziwnego, gdyż "wolnorynkowy" kapitalizm nie może dawać wszystkim jednakowych korzyści, ponieważ gdyby część bogactwa społecznego przypadająca klasom pracującym wzrastała (tzn. gdyby był on dla nich korzystny "szczególnie"), oznaczałoby to, iż klasie rządzącej się pogorszyło (i na odwrót). Zatem teza, że wszyscy będą czerpać korzyści jest w oczywisty sposób fałszywa, jeżeli tylko przyznamy się do sztuczek kuglarskich w wyciąganiu wniosków z bezwzględnych wartości, i odrzucimy te triki, tak ukochane przez obrońców kapitalizmu. I jak wykazują to liczne dowody, przesunięcia w kierunku czystszego kapitalizmu dają w rezultacie "wolne" wymiany, przynoszące więcej korzyści posiadającym władzę (ekonomiczną) niż jej nie posiadającym, nie zaś dające jednakowe korzyści wszystkim. Oczywiście rezultat jest niespodzianką tylko dla tych, którzy raczej wolą patrzeć na zewnętrzną postać "dobrowolnej wymiany" w kapitalizmie niż na jej istotną treść.

W skrócie - twierdzić, że wszyscy będą czerpać korzyści z wolnego rynku to ignorować fakt, że kapitalizm jest ustrojem napędzanym przez zyski, i że aby istniały zyski, pracownicy nie mogą otrzymywać pełnych produktów swojej pracy. Ponad sto lat temu indywidualistyczny anarchista Lysander Spooner zauważył, że "prawie wszystkie wielkie majątki są wypracowywane przez kapitał i pracę innych ludzi niż ci, którzy je zdobywają. Rzeczywiście, wielkie majątki rzadko kiedy mogłyby zostać zrobione w całości przez jedną osobę, za wyjątkiem przypadków wyłudzania kapitału i pracy od innych" [cytat z Martina J. Jamesa, Mężowie przeciwko państwu].

Więc można powiedzieć, że kapitalizm laissez-faire przyniesie korzyści wszystkim, a zwłaszcza biednym tylko w takim sensie, że potencjalnie wszyscy mogą ciągnąć korzyści, gdy gospodarka się rozrasta. Jeżeli zaś spojrzymy na naprawdę istniejący kapitalizm, to będziemy mogli zacząć wyciągać pewne wnioski na temat tego, czy kapitalizm laissez-faire naprawdę przyniesie korzyści ludziom pracy. Stany Zjednoczone według międzynarodowych standardów mają niewielki sektor publiczny i pod wieloma względami są najbliższe modelowi laissez-faire spośród krajów uprzemysłowionych. Ciekawe jest również odnotowanie tego, że stanowią one też numer jeden albo najściślejszą światową czołówkę pod następującymi względami [Richard Du Boff, Akumulacja a władza]:

¨      najniższy poziom bezpieczeństwa zawodowego pracowników, z największym prawdopodobieństwem zostania zwolnionym bez uprzedzenia ani uzasadnienia.

¨      największe prawdopodobieństwo, że pracownik zostanie bezrobotnym bez odpowiedniego zasiłku czy ubezpieczenia zdrowotnego.

¨      najmniej czasu wolnego dla pracowników, takiego jak urlopy.

¨      jedna z najbardziej płaskich krzywych rozkładu dochodów.

¨      najniższy stosunek zarobków kobiet do zarobków mężczyzn - w 1987 roku kobiety zarabiały 64% tego, co mężczyźni.

¨      największy zasięg ubóstwa w świecie uprzemysłowionym.

¨      emisje zanieczyszczeń do atmosfery należące do najgorszych wśród wszystkich krajów uprzemysłowionych.

¨      najwyższe odsetki zabójstw.

¨      należące do najgorszych liczby oczekiwanych lat życia i śmiertelności noworodków.

Jeżeli laissez-faire przyniesie szczególne korzyści biednym, to wydaje się dziwne, że im system jest bardziej do niego zbliżony, tym gorsze mają oni bezpieczeństwo zatrudnienia, mniej czasu wolnego, większy zakres ubóstwa i nierówności. Oczywiście obrońcy kapitalizmu laissez-faire będą wykazywać, że Stany Zjednoczone są dalekie od ich modelu, ale wydaje się dziwne, że im gospodarka dalej odbiegnie od takiego systemu, tym lepsze warunki otrzymują ci, o których się twierdzi, że będą z niego czerpać szczególne korzyści.

Nawet jeżeli spojrzymy na wzrost gospodarczy (będący uzasadnieniem dla tez, że laissez-faire przyniesie korzyści ubogim), odkryjemy, że w latach sześćdziesiątych tempo wzrostu w przeliczeniu na osobę, liczonego od XIX wieku, nie było zbyt dużo szybsze niż we Francji i Niemczech, jedynie minimalnie szybsze niż w Wielkiej Brytanii i znacznie wolniejsze niż w Szwecji i Japonii (i nie zapominajmy, że Francja, Niemcy, Japonia i Wielka Brytania doznały poważnych zniszczeń podczas wojen światowych, w przeciwieństwie do Ameryki, która się na nich bogaciła). Zatem "wyższej wydajności i wyższemu poziomowi dochodów w Stanach Zjednoczonych towarzyszyły przeciętne wyniki w dziedzinie wzrostu tych wskaźników z biegiem czasu. Wniosek płynący z tego nie jest już zagadką: jeżeli amerykańskie dochody na osobę nie rosły szczególnie szybko, lecz przeciętni Amerykanie cieszą się standardami życiowymi równymi lub wyższymi niż standardy życiowe obywateli innych krajów rozwiniętych, to amerykański punkt wyjścia musiał być lepszy 100 lub 150 lat temu. Obecnie wiemy, że przed wojną secesyjną dochody na osobę w Stanach Zjednoczonych były wysokie według ówczesnych standardów, a w latach siedemdziesiątych XIX wieku przekraczały je tylko brytyjskie /.../ W znacznym stopniu ta początkowa przewaga była darem losu" [Op. Cit.].

Wychodząc poza analizowanie danych empirycznych powinniśmy ujawnić niewolniczą mentalność stojącą za tymi argumentami. Ostatecznie, co ta teza tak naprawdę zakłada? Po prostu, że wzrost gospodarczy jest jedynym sposobem na to, by ludzie pracy posunęli się naprzód. Jeżeli się pogodzą z wyzyskiem w środowisku pracy, to na dłuższą metę kapitaliści zainwestują część swoich zysków, a przez to powiększą ekonomiczny tort dla wszystkich. Więc "wolnorynkowa" ekonomia tak jak religia przekonuje, że na razie musimy się poświęcić, ażeby (być może) w przyszłości nasze standardy życia się podniosły ("dostaniesz pieczeń w niebie, gdy umrzesz", jak powiedział Joe Hill o religii). Ponadto każda próba zmiany "praw rynku" (tj. decyzji bogatych) przy pomocy zbiorowego działania jedynie zaszkodzi klasie pracującej. Kapitał zostanie wypłoszony do krajów posiadających bardziej "realistyczną" i "elastyczną" siłę roboczą (zazwyczaj uczynioną taką przy pomocy państwowych represji).

Innymi słowy, kapitalistyczna ekonomia wychwala służalczość zamiast niezależności, płaszczenie się zamiast stawiania oporu i altruizm zamiast egoizmu. "Rozsądna" osoba według ekonomii neoliberalnej nie przeciwstawia się władzy, a raczej się do niej dostosowuje. Ponieważ na dłuższą metę takie samozaparcie się opłaci - dostaniesz odpowiednio większe okruchy "spływające" w dół z większego ciastka. Mówiąc inaczej, na krótszą metę smakołyki mogą płynąć do elity, ale w przyszłości wszyscy na tym zyskamy, gdyż część z nich spłynie (z powrotem) w dół do ludzi pracy, którzy wytworzyli je jako pierwsi. Ale niestety w rzeczywistym świecie niepewność jest regułą, a przyszłość jest nieznana. Dzieje kapitalizmu dowodzą, że wzrost gospodarczy jest całkiem do pogodzenia ze stagnacją płac, wzrostem ubóstwa i braku bezpieczeństwa socjalnego dla pracowników i ich rodzin, powiększaniem sie nierówności i akumulacją bogactwa w rękach coraz to mniejszej garstki (nasuwają się na myśl przykłady USA i Chile w okresie od lat siedemdziesiątych do dziewięćdziesiątych). I oczywiście nawet jeżeli pracownicy będą się płaszczyć przed szefami, to i tak szefowie mogą akurat przenieść produkcję gdzie indziej (co mogą potwierdzić dziesiątki tysięcy "zredukowanych" pracowników w całym świecie zachodnim). Dokładniejsze informacje o tym zjawisku w Stanach Zjednoczonych możesz znaleźć w artykule Edwarda S. Hermana "Immiserating Growth: The First World" w: Z Magazine, July 1994.

Anarchistom wydaje się dziwne czekanie na większe ciastko, kiedy można mieć całą piekarnię. Gdyby kontrola nad inwestycjami znajdowała się w rękach tych, na których mają one bezpośredni wpływ (ludzi pracy), wtedy środki na inwestycje mogłyby zostać wykorzystane do realizacji społecznie i ekologicznie użytecznych projektów zamiast być używane jako narzędzie w wojnie klas, mające uczynić bogatych jeszcze bogatszymi. Argumenty przeciwko "kołysaniu łodzią" [tzn. walce o zmianę rozdziału dóbr zamiast rozwoju, czyli "wiosłowania do przodu"] stanowią czczą gadaninę (która oczywiście leży w interesie bogatych i potężnych broniąc ustalonego podziału dochodów i własności) i, w ostatecznym rozrachunku, obalają same siebie w przypadku tych ludzi pracy, którzy je akceptują. Ostatecznie nawet najbardziej zapierająca się samej siebie klasa pracująca będzie cierpiała na skutek negatywnych rezultatów traktowania społeczeństwa jako zaplecza dla gospodarki, wyższej mobilności kapitału, jaka towarzyszy wzrostowi gospodarczemu i efektów okresowych kryzysów gospodarczych i długotrwałego kryzysu ekologicznego. Rzecz sprowadza się do tego, że wszyscy mamy dwie możliwości wyboru -- można robić to, co jest słuszne albo to, co nam każą. "Wolnorynkowa" ekonomia kapitalistyczna opowiada się za tym drugim.

Na koniec dowiedzmy się, że średnia roczna stopa wzrostu gospodarczego w przeliczeniu na osobę wynosiła w USA 1,4% między 1820 a 1950 rokiem. Stanowi to jaskrawy kontrast ze stopą wzrostu z okresu od 1950 do 1970, wynoszącą 3,4%. Gdyby kapitalizm laissez-faire miał dawać "każdemu" korzyści większe niż "naprawdę istniejący kapitalizm", stopa wzrostu byłaby wyższa we wcześniejszym okresie, który był bardziej zbliżony do laissez-faire. Nie była wyższa.